LOKAJ W KAPCIACH

Budzę się w pokoju hotelowym. Takim Wypasionym – przez duże „W”. Leżę w łóżku, pod białą, pachnącą perfumami pościelą. Na bogato. Szafki ciemnobrązowe, telewizor na pół ściany, szklana karafka na stoliku, woooow… Rozglądam się po pokoju i patrzę – na łóżku obok leży jakaś kobieta.

Kobieta w łóżku, obok mnie, w hotelu. Kompletnie nic nie pamiętam, nie wiem, skąd się tu wzięłam. Nie wiem, skąd tu ta inna kobieta.

Przyglądam się jej – rysy jakieś znajome, ale nie mogę jej sobie przypomnieć. Kobieta śpi. Myślę, co robić, nie będę jej przecież budzić, nie wiadomo, kto to jest, może niech lepiej śpi.

Nagle rozlega się głośnie pukanie do drzwi: Łup! Łup! Łup!

No, no – myślę. Zaczyna się… Od jakiegoś czasu moje sny są bardzo osobliwe; wiem, że nie są prawdziwe; wiem, że się obudzę, dlatego z przyjemnością gram bohatera pierwszoplanowego. I to granie, samo w sobie, sprawia mi olbrzymią przyjemność.

– Proszę – mówię zatem, licząc, że drzwi są otwarte. I są. Wchodzi mężczyzna.

Jest wysoki. Piękny jak z żurnala, dobrze zbudowany, w marynarce, niebieskiej koszuli i spodniach w kratę. W czapce hotelowego boya. Brunet z niebieskimi oczami. Bardzo wysoki z lekkim zarostem. Trochę zgarbiony. Na nogach ma kapcie z różowymi pomponami.

Dziwne – myślę. I fajne.

Chłopak staje na środku pokoju, w ręku ma pudełko, które leży na srebrnej tacy, a on wygląda jak luksusowy, męski dziwko-lokaj. Zaczyna mówić w obcym języku. Po rosyjsku lub ukraińsku, rozpoznaję jedynie pojedyncze słowa: „lecieć, ważne, afera, wypierdalać”? Po tym ostatnim wręcza mi pudełko i mówi już po polsku:

– Twoja koleżanka będzie wiedziała, co z tym zrobić, to ważne.

Wychodzi.

Myślę: kapcie, wypierdalać, pudełko. Zastanawiam się, czy mój sen jest zagadką. Jak to połączyć? Jakoś nie składa mi się to w głowie.

Cała sytuacja oczywiście budzi kobietę w łóżku obok. Teraz leży z szeroko otwartymi oczami. Czuję się w obowiązku odezwać i wytłumaczyć całą sytuację, co też czynię.

– Nazywam się Blanka i to jest mój sen. Jesteś jego częścią. Wydaję się, że cię znam, tylko nie wiem skąd. Przed chwilą był tu mężczyzna w kapciach z różowym pomponem i wręczył mi pudełko. Podobno będziesz wiedziała, co z nim zrobić.

Kobieta niewzruszona leżała dalej na łóżku. Po chwili wstała i okazało się, że jest nieubrana. Poza tym nie miała jednej ręki. Po prawej stronie jej ciała nie było górnej kończyny, tylko proste zakończenie tułowia, jakby ktoś jednym cięciem uciął rękę przed ramieniem.

– Rozumiem – powiedziała. – Ubiorę się. Pewnie znasz mnie z telewizji. Prowadziłam taki jeden program. O polityce.

Ach tak! Przypomniałam sobie, skąd ją znam. Chociaż w telewizji miała chyba dwie ręce. Nieważne.

Po dłuższej chwili wychodzi z łazienki. Ma już obie ręce. To znaczy chyba protezę i rękę. Nieważne.

– To co, otwieramy? – pytam.

– Jasne. Sprawdźmy, co to.

Otworzyłyśmy, a tam kaseta. Taka stara, jak do magnetofonu, a na niej napis „Taśma z katastrofy smoleńskiej. Zapis rozmów”.