TRAMPOLINA

Czuje, że leżę na ziemi. Przywalona toną myśli, smutków i bezsilna. Czuję, że podłoga pochłania mnie całą, wciąga. Czuje, że jestem przerażona. Cząstki strachu oblepiają mi płuca, brzuch i uda. Wyraźnie czuję strach na udach niczym czarną, palącą smołę. Nie wiem, co będzie. Coraz gorzej mi się oddycha i nie mogę otworzyć oczu. Zapadam się, znikam.

I wtedy pojawia się On. Nie wiem skąd, ale znowu. Kolejny raz. Podciąga mnie z ziemi i mówi:

– Ogarnij się, pizdo.

A ja wstaję, jak gdyby nigdy nic, patrzę na niego i mówię:

– Wal się.

On podchodzi do mnie, łapie z całej siły za szyję i mówi:

– Ogarnij się, pizdo, bo nie ręczę za siebie.

Uwielbiam, gdy to robi. Uwielbiam czuć jego mocną rękę na mojej szyi. Już tyle razy myślałam, że mnie zabije; że złapie mocniej, a ja przestanę istnieć. Ale i tym razem puścił, jak zwykle zwolnił uścisk.

Usiadłam. Schowałam głowę w dłoniach. Tamto. Teraz. Wcześniej. Potem. Jakie to ma znaczenie? On usiadł koło mnie, tym razem szczerze zatroskany.

– Musisz się ogarnąć. Nic się nie dzieje. Wszystko jest dobrze.

– Musisz przestać pierdolić. Wszystko się stało. Nic nie będzie dobrze.

Wstaje, wychodzi. To jego sposób na wszystko, to jego sposób na mnie. Siła, troska – wszystko jedno. Każde z tych to za dużo. Każde z tych to za mało.

A tymczasem, do głowy przychodzi mi taka myśl: TRAMPOLINA.

Muszę iść na trampolinę. Poskaczę, pohasam i wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie w porządku. Wstaję, szukam w szafce legginsów, znajduję, ubieram. Zakładam też kurtkę, bo jest zimno, a ja nie lubię mrozu. Mam taką zieloną z różowym zamkiem. Wszyscy się z niej śmieją, a ja ją lubię. Tak jak moje nauszniki, różowe. Zakładam je i idę na autobus. Do trampoliny.

W trampoliniarni wszyscy są młodsi. Dużo młodsi. Wchodzę i od razu czuję się nieswojo. Czuję presję, jakbym tu nie mogła być. Jakby starość nie mogła sobie poskakać. Ale idę do kasy, kupuję bilet, idę do przebieralni, zostawiam plecak, udaję się do sali z trampolinami.

To jest TO. Po godzinie skakania jestem tak zmęczona jak nigdy; sapię, cała mokra dowlekam się do przebieralni, biorę plecak i wychodzę. Teraz to czuję. Teraz czuję pełnię sił. Mogłabym biec do domu na nogach, ale tego nie zrobię, bo jestem stara i poważna.

Zamiast tego idę do pobliskiego monopolowego i kupuję dwa piwa. Jedno wypijam ciurkiem, od razu, drugie chowam do kieszeni kurtki – przyda się w autobusie. Idę na przystanek, podjeżdża, wsiadam.

Nie jadę do domu, oj nie. Teraz trzeba się wyszaleć. Mam taki świetny nastrój. Jestem królową świata. W autobusie ukradkiem wypijam drugie piwo. Nagle świat staje się taki piękny i leży wprost u moich stóp. Mówię do niego:

– Świecie, czuję cię wyraźnie. Czuję, jak leżysz i patrzysz na mnie.

Świat odwraca oczy w moją stronę, odpowiada:

– Ogarnij się, pizdo.

– Że co?!

Nagle budzę się w nieswoim łóżku i w nieswojej pościeli, niebieskiej. Obok mnie leży obcy mężczyzna.

– Kurwa – mówię mojej mocno bolącej głowie. Nie mam majtek. Ubranie leży poskręcane na ziemi. Nic nie pamiętam. Leżę jeszcze chwilę w łóżku, a potem potrząsam nieznajomym, pytam:

– Jak się tu znalazłam? Gdzie ja, kurwa, jestem?

– Weź się ogarnij, ja śpię – mówi mężczyzna.

– Gówno mnie to obchodzi, powiedz, co mi zrobiłeś!

– Słuchaj, dupo, uważaj, co mówisz. Zgodziłaś się na wszystko.

– Ja pierdolę.

– A teraz już pani podziękujemy. Możesz iść. Nie byłaś wcale taka dobra.

TRAMPOLINA. Myślę. Kurwa. Trampolina. Wszystko przez tę jebaną, pierdoloną trampolinę.